poniedziałek, 30 grudnia 2013

Diabeł nad moją głową. Odcinek 64

64



Samolot na całe szczęście nie miał opóźnienia. Chciałam się jak najszybciej znaleźć w domu, w moim własnym, miękkim łóżeczku, napić się herbaty z mojego własnego, fioletowego kubeczka, wykąpać się w mojej własnej, emaliowanej wannie i zrobić jeszcze wiele własnych, moich, domowych rzeczy. Tęskniłam do domu, a obecna sytuacja tylko tę tęsknotę pogłębiła.
            Po odprawie wyszłam z hali odlotów. Na zewnątrz panowała iście polska jesień. Było zimno, z nieba sączyła się mżawka, a słaba mgła ograniczała nieznacznie widoczność. Nieodgarnięte, gnijące liście, które tonęły w wodzie, niezwłocznie przypomniały mi, że jestem w domu. Na postoju stała jedna taksówka, a w oddali dały się słyszeć tylko szum nielicznych samochodów mknących rowem autostrady oraz dźwięk odjeżdżającego szynobusu. Rozłożyłam parasol i postanowiłam, że poczekam przed budynkiem, bo dobrze zrobi mi świeże powietrze. Po kilku krótkich chwilach na drodze do lotniska pojawił się samochód. Nie był to znajomy pojazd,  ale gdy zatrzymał się na parkingu nieopodal mnie, zauważyłam w nim Agatę. Musieli zmienić samochód...
- No, Luśka! Przepraszam cię, strasznie cię przepraszam. Usypiałam małą, potem usiadłam z książką, chciałam poczytać i tak jakoś sobie przysnęłam, a potem to jak się obudziłam, to już było późno... No i się spóźniłam troszeczkę – spojrzała na mnie swoim błagalnym spojrzeniem. Nie mogłabym się gniewać zwłaszcza, że nie miałam na to najmniejszej ochoty i w ogóle to najchętniej chciałam się rozpłakać.
- Spokojnie, nie przejmuj się. Wcale nie czekam długo. Wiesz co, jeźdźmy już...
- Dobrze... Coś mi tu nie gra. Jesteś apatyczna, masz twarz bez wyrazu i wróciłaś do Krakowa tak nagle, że moje dziecko tak szybko się na kupę nie decyduje jak ty. Co się stało? No bo coś się musiało wydarzyć, że w ciągu kilku godzin załatwiłaś wszystko, a nawet więcej niż wszystko, i jesteś teraz tutaj. No, słucham! Opowiadaj! Albo nie. Najpierw wsiadaj. Dawaj walizkę...
Agata chwyciła moją torbę, wrzuciła ją do bagażnika, a ja w tym czasie zajęłam miejsce pasażera. Nie wiem, czy chciałam jej o tym opowiadać, ale cóż. Skoro Agata przystąpiła już do swojej analizy psychologicznej, nie było wyboru. Ona charakteryzowała się właśnie tym, że każdego potrafiła umiejętnie nakręcać tak, że wyciągała z niego wszystko, co chciała wyciągnąć. Zasiadła obok mnie, przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechałyśmy. Przez jakiś czas patrzyłam się tępo gdzieś daleko, jakbym szukała wzrokiem czegoś interesującego w ciemnej toni nocy. Kiedy zbliżałyśmy się do celu, Agata wreszcie ugięła się pod presją swojej ciekawości. Chociaż muszę przyznać, że i tak długo się trzymała…
- No ,dobra, koleżanko. Koniec tego dobrego. Jesteśmy już prawie na miejscu, a ty ciągle milczysz! To  jest wobec mnie nie w porządku – powiedziała donośnym głosem, kiedy skręciłyśmy w moją ulicę.
- Dobra, dobra, tylko nie wrzeszcz! Opowiem ci… Wejdziesz na herbatę?
- Wejdę, ale chcę usłyszeć problem w jego pełnym brzmieniu. I nie będę przyjmowała żadnych wykrętów.
- Zgoda…
            Agata zatrzymała samochód. Wysiadłyśmy, zabrałam moje rzeczy z bagażnika, po czym skierowałyśmy się do wejścia. Bramka była otwarta, odnalazłam więc klucz do drzwi wejściowych, które, na szczęście, były jednak zamknięte. Wprowadziłam Agatę do środka, torbę zaniosłam do sypialni od razu, a potem rozejrzałam się po piętrze, gdzie nikogo nie zastałam. Za chwilę z dołu dobiegł głos Agaty:
- Lusia, na stole w kuchni jest jakaś kartka. Chyba od Mańki, ale nie będę jej czytać. Jaką pijesz? Czarną czy zieloną?
- A jaka jest?
- W sumie to… aha, tylko czarna.
- Zostawić tutaj dziecko w domu samo… Dobra to zrób. Aha, przeczytaj mi tę kartkę, a ja się w tym czasie przebiorę.
- W porządku… Mańka pisze, że zrobiła ci kolację, ale musiała wyjść i wróci rano. I życzy ci dobrej nocy.
- Świetnie, po prostu świetnie… - skwitowałam pod nosem – Dzięki! – krzyknęłam do niej już głośno, po czym zajęłam się zdejmowaniem spodni i żakietu, a w ich miejsce nałożyłam dres. Potem zeszłam na dół, do kuchni, w której Agata parzyła herbatę:
- Ciekawe, co to za kolacja – rzuciłam mimowolnie, kierując się w stronę lodówki. W jej wnętrzu nie było nic, oprócz kilku kanapek z serem i ogórkiem. Wzięłam je więc, postawiłam na stole, do tego dostawiłam też keczup i zaproponowałam przyjaciółce wspólną przekąskę.
- Ty mi tu oczu nie zamydlaj kanapkami, kochana. Proszę, słucham cię teraz uważnie i nie uznaję sprzeciwu.
Zabrałam się więc w sobie, wzięłam głęboki oddech, i zaczęłam:
- No więc tak. Zakochałam się…
- No co ty! W kim? Poznałaś tam kogoś?
- No, niezupełnie. Znaczy poznałam, ale to nie jest jakaś nowa osoba. To Maciek, ten od masakry w sklepie. On mi tę pracę tam załatwił…
- No nie… Tego bym się nie spodziewała… Agata rozparła się na moment na krześle w geście rozluźnionego zaskoczenia – Ale kontynuuj, kontynuuj. Widzę, że to może być ciekawe.
- Spotkaliśmy się kilka razy, raz pojechałam do niego do domu, tam pierwszy raz się z nim przespałam, potem to już się potoczyło jakoś…
- No, ale chyba nie dlatego jesteś taka zmaltretowana?
- Nie, zupełnie nie… Niedawno wyjechał do krajów skandynawskich. Oprócz załatwiania jakichś biznesów chciał jeszcze odwiedzić siostrę. W tym czasie dzwonił dwa razy. Kiedy z nim rozmawiałam, usłyszałam jakąś kobietę, która zwracała się do niego dość poufale. Nie zwróciłam na to jednak zbytniej uwagi, bo pomyślałam, że to mogła być jego siostra. Potem było podsumowanie pracy naszego zespołu. Przedstawiliśmy założenia kampanii, wszystko zostało zatwierdzone, czyli nasza praca się udała. Tego samego dnia okazało się, że Maciej zmienił termin powrotu do Wiednia. Wracał właśnie dzisiaj… A właściwie to wczoraj,                               bo przecież już sobota… No więc umówiliśmy się w naszej restauracji. Miałam dla niego dobre nowiny, czekałam na niego przy naszym stoliku, a on… - i tu urwałam. W gardle stanęła mi jakby piłka pingpongowa. Nie potrafiłam powiedzieć tego. Nie wiedziałam, jak przyznać się przed sobą samą do tego, że to tak wyszło. To było takie bolesne.
- No, Luśka, co jest! Co on, co się stało? Czy zrobił ci krzywdę?
- On… był z inną kobietą. Wysiedli razem z jego samochodu, potem on ją pocałował,                  ona poszła do stacji metra, a on skierował się w moją stronę.
- No nie… Ty to masz szczęście w życiu. A co ty zrobiłaś? Jak się zachowałaś? Dałaś mu coś powiedzieć, czy od razu dostał w mordę?
- Wiesz… wyszłam tylnymi drzwiami, nie spotkałam się z nim wtedy – przyznałam.
- No, to pięknie. A on się chociaż próbował jakoś z tobą skontaktować? Dzwonił, rozmawiałaś z nim przez telefon?
- Nie. To znaczy on dzwonił, ciągle do mnie wydzwania. Ale ja nie chcę z nim o niczym rozmawiać. Lepiej, że to się skończyło teraz niż żeby miało zajść dalej.
- A możesz mi chociaż powiedzieć, jak wyglądał ten pocałunek? – Agata wyraźnie traciła nerwy.
- Noo… nie był to jakiś obrzydliwie namiętny, długi pocałunek, ale nie było to też przyjacielskie cmoknięcie…
- Pięknie, Luśka, pięknie… Ale ty jesteś durna, babo jedna! A jeśli to jednak była jego przyjaciółka, a jeśli to była jego siostra, która przyjechała z nim? Czemu nie dałaś mu się wytłumaczyć? Czemu nie dałaś mu szansy na wyjaśnienia? Przekreśliłaś coś, co niekoniecznie musiało się zawalić… - oceniła Agata z rozczarowaniem. W sumie to niby trochę się zgadzałam z jej zdaniem na ten temat, ale swoje jednak wiedziałam. Tylko co, jeśli ona ma rację?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz